Mój dzień

Mój dzień jest prosty: na początek szklanka wody.

Potem szejk liściasto owocowy wzbogacony o witaminę D a dwa razy w tygodniu B12, bo takie właśnie dawki mam w lodówce. Raczej bez bardzo słodkich owoców, ale coś tam na osłodę zawsze dodaje, bo sama kwaśność źle mi robi na poczucie komfortu. A poczucie komfortu na początek dnia to bezcenna rzecz 🙂

Na deser sok z sokowirówki – buraki, marchewka, jabłko. Zarówno szejki jak i soki spożywam w dawkach półlitrowych, bo akurat mam takiej wielkości zgrabne i wygodne kubeczki. Sączę je powolutku, niemalże gryząc, bo sa takie smaczne, że szkoda ich od razu połykać. Więc po litrze szejkowo sokowych atrakcji jestem silna, zwarta i gotowa, mogę spędzić kolejne 30-40 minut na treningu na macie. Jeśli zdarzają się jakieś wydarzenia uniemożliwiające poćwiczenie rano, robię to po południu, ale robię prawie codziennie. Moje ciało przez ostatnie ponad pół roku zalegania bardzo się zastało i utuczyło. Trzeba je było zawrócić ze zgubnej ścieżki zasysania żarcia z powodu braku sensowniejszych zajęć.

Drugie śniadanie/obiad jest już gęściejszy. Czasem to zwykły surowy rozmrożony zielony groszek. Czasem kasza gryczana z  cieciorką, ogórkiem kiszonym, albo płatki owsiane z jabłkiem i cynamonem, ale ryż z soczewicą, czy z surówką z czerwonej kapusty, z kiszoną kapustą z z z… w kolejce czeka brokuł, kalafior, ziemniaki, duszone pory, zupki jarzynowe. To wszystko lubię mieć posypane mielonym siemieniem lnianym i przegryzione pestkami z dyni. Czasem piekę sobie na patelni macę z mąki gryczanej z ziołami. Nie używam wcale soli.

Podwieczorek – kolejny szejk często poprawiony sokiem.

Kolacja – różnie bywa, czasem kilka marchewek i jabłko, czasem ryż z jabłkiem albo szejk, czy dużo soku. Czasem resztka z obiadu, albo pyszna surówka. Pyszne surówki wychodzą mi najlepiej z pomidorkami, a dzisiejsze pomidorki mi nie smakują.
Wcale to wszystko nie jest nudne, bo używam przypraw, zasada jest prosta – mało kaloryczne, mało skrobiowe, mało węglowodanowe, beztłuszczowe.

Cytuję: „Z badań w dziedzinie reumatologii wynika, że diety roślinne, wegetariańskie, wegańskie, czy wręcz surowe wegańskie (witariańskie), skutkują korzystnymi efektami np. przy reumatoloidalnym zapaleniu stawów. Przegląd badań sugeruje, że zmniejszają się pod ich wpływem dolegliwości bólowe, i towarzyszy temu wyciszenie nadreaktywności układu immunologicznego poprzez zmniejszenie stanu zapalnego.” (Bardzo polecam przeczytać źródełko cytatu: http://dieta.mp.pl/wywiady/show.html?id=69475)

To nie są wizje ani proroctwa, to są efekty rzetelnych badań naukowych i zastosowałam je na sobie. Działa pomimo, że nie mam RMZ, tylko stan zapalny w obrębie zmian na podeszwie.  To jest bardzo skuteczne, mogę prawie normalnie chodzić, chociaż nie mogę chodzić zbyt wiele, dźwigać ponad 1-2 kilogramów i biegać, jak również tańczyć.

Do tego wszystkiego stosuję przynajmniej dwa razy dziennie techniki wizualizacyjne, do których zainspirowała mnie pani Wanda Wegener, czyli głęboki relaks i intensywna praca umysłowa nad swoimi problemami zdrowotnymi. Czasem po samym relaksie mi się poprawia.

I tyle tytułem zarażania innych takim niekonwencjonalnym podejściem do leczenia.

Wczoraj odebrałam wyniki badań, wszystko jest w normie.

Re6eliO złapała swój promieniu światła i po swojemu, w wygodnych butkach idzie do przodu 😀

obraz olejny

Reklamy

15 responses

  1. Czytasz w moich myślach, właśnie miałam zapytać co jadasz na śniadanie 🙂 Mimo wszystko i tak zapytam : Jakie konkretnie owoce używasz w szejkach ? o tej porze roku jest dosyć mały wybór , sałata i jabłko ? czy coś jeszcze?

    • 1 słodki (banan albo pomarańcza, gruszka albo jabłko) + jeden niesłodki (grapefruit lub jabłko… cytryna) + liście

      kombinacji jest wiele, ale staram się żeby nie było za słodko, więc układ: słodkie + kwaśne + liściaste jest constans

  2. Rodzinie też robisz ? Ja mam jeszcze w kolejce męża, który oprócz normalnego śniadania wypija tak jak ja 0,5 soczku i codzienną sałatkę , która mu bardzo posmakowała ;). Przez to moje zdrowe żywienie kosztuje nas podwójnie 😦

    • robię tylko sobie, czasem częstuję rodzinę – gotują sobie sami, bo ja nie mogłabym jeść ich jedzenia, jest za ciężkie, a dla nich moje jest za bardzo delikatne i mało atrakcyjne, też są weganami

      umieją, zresztą robią całkiem niezłe rzeczy

  3. O kurczę, jaka jesteś piękna! 🙂

    Napisz proszę, jaki jest przybliżony koszt Twojej diety i gdzie kupujesz warzywa (rozumiem, że nie w superspożywczakach?).

    • hehe
      dziękuję
      ma się rozumieć – umiem wybrać zdjęcie, na którym korzystnie wyglądam 😉 potem je z lekka podrasować co by nie być za bardzo rozpoznawalną, ale fakt – nie straszę

      warzywa? mam tu kooperatywę spożywczą, mam jednego chłopa co przyjeżdża dwa razy w tygodniu i ma dosyć siermiężne rzeczy, ale głowy sobie nie dam uciąć za te warzywa, sama ich nie sieję i nie sadzę, więc…

      mam dwa bazarki

      mam biedronę

      marketów to akurat u mnie nie za bardzo, jeden simplak tylko

      więc korzystam z tego co mogę, podstawowe rzeczy z kooperatywy, reszta z biedrony albo bazarku

      kasowo wiele nie wychodzi, nasze jabłka, marchew i buraki dużo nie kosztują, poza tym pekinka, szpinak, rzymska i pietruszka, grapefriutki, a z owocami bardzo nie szaleję

      ale kiedy będę robiła zielone soczki, zieleninę chcę kupować u dostawcy zdrowej żywności przez internet, ceny zawrotne ale chyba nie mam wyboru, zresztą coraz bardziej się skłaniam w tę stronę, bo nie bardzo mogę dźwigać, a młode nie zawsze pod ręką

      Ornish, kiedy robił swoje badania na kardiologicznych, nie używał specjalnej żywności, hodowanej dla jego pacjentów, brał to co było powszechnie dostępne, Desmond na swoim wykładzie mówiła że jej pacjenci zdrowieją od samego odstawienia tego co trzeba odstawić… a Gerson sugeruje samodzielną hodowlę – jestem w kropce, bo mam świadomość, że nawet hodowane ekologicznie spożywki wciągają to co spada do naszej gleby z nieba i powietrza, czytałam, że tzw zdrowa żywność też jest upaskudzona

      nie zrobiłam jeszcze dokładnej wypiski, ile wydaje, mam w portfelu jakąś kasę na początku miesiąca, ale wydaję też na inne rzeczy i nie zapisuję sobie tego, więc już nie pamiętam, ale zastanowię się nad tym w tym miesiącu ze zwykłej ciekawości i zapodam

  4. Wyliczyłam dzisiaj rano śniadanie, powtórzę to jeszcze w którymś wpisie, bo tak to będzie być może niewidoczne dla wszystkich czytających: śniadanko dzisiejsze, zupełnie typowe, kosztowało mnie 7 zł, zaokrąglając w górę. W tym są dwa półlitrowe kubki – jeden z szejkiem, drugi – sok warzywny, bardzo gęsty, odrobię rozcieńczony wodą, bo 100% drapie mnie w gardło. Uwaga – banany zawsze kupuję przecenione, po 2-3 zł, dropiate w brązowe kropki 🙂

    Dzisiaj policzę cały dzień. Ale od razu powiem że takich szejków jem dwa albo trzy dziennie. Przynajmniej 14 zeta leci w gardło w tej postaci.

  5. Wybieram się na wykład M. Desmod, więc jeśli Cię rozpoznam i zaczepię (pozwolisz?), to znaczy, że to Ty, nie fotoszop 😉

    Nasze warzywa nie są drogie, zgoda, zwłaszcza jak się je kupuje u zaprzyjaźnionego rolnika, ale już szpinak, roszponka, pietruszka czy rzymska (w moim przypadku wyłącznie z marketu i bazarku) są kosmicznie drogie. Pekinka jest relatywnie tania, niemniej potrafię jej wrąbać sporo – nierzadko pół główki jednego dnia – co daje sumę wcale niebagatelną. Pomijam produkty ekologiczne, bo ich nie kupowałam, jeszcze – tu polegam na opinii innych 🙂

    Ale piszę o tym nie po to, żeby wywołać dyskusję o cenach warzyw, tylko po to, żeby mieć odniesienie, móc porównać, skorygować… wiedzieć, po prostu. A podejrzewam, że takich nieśmiałków łaknących wiedzy jest więcej – ba! sama czaję się z tym pytaniem od dobrych kilku miesięcy 😉 Osobiście jestem ciekawa, ile kosztuje weganizm, a ile mógłby kosztować, gdybym o to lepiej zadbała. Sprawdzę to 🙂

    Chciałabym Cię jeszcze zapytać o lewatywki – stosowałaś je, stosujesz? Temat budzi kontrowersje, nie wiem, co na to np. dr Dąbrowska, ale u Gersona są konieczne.

    Miłego dnia dla Ciebie, Czytelniczek i Czytelników!

    • nie wiem czy rozpoznasz, do tego zdjęcia jedna panienka mnie wystylizowała strasznie, wylokowała i wysmarowała różnymi ingrediencjami, ostatecznie wyjdziesz przed szereg i zapytasz, która to, odezwę się

      nie jestem jeszcze na 100% Gersonie, więc się nie lewatywuję, ja nawet nie jestem na 100% Dąbrowskiej, bo się kaszuję raz dziennie, powiedzmy że jestem na diecie przeciwzapalnej Desmond, ale oprzyrządowanie mam i doświadczenie pogłodówkowe też, będzie cieplej, machinę do soków nabędę, wystartuję

      mam głęboko czy to drogie czy tanie, nie mam zamiaru spędzić reszty życia przyklejona do fotela, tak jak ostatnie pół roku, zasadniczo wolałabym kopnąć w kalendarz jak bym miała się męczyć i dogorywać w charakterze obiektu eksperymentalnego dla medycyny, czy kolejnego punktu na skali dochodów jakiegoś prężnego chirurga 😉

  6. O proszę, jaka cenna dla mnie uwaga – przecenione banany! Dotychczas przepłacałam za sklepowe, zazwyczaj niedojrzałe, a potem leżakowały w domu, trochę bez sensu, prawda 😉

    Dziękuję

    • solilo
      leć za market, jeśli jest tam takie miejsce i looknij, czasem wywalają całkiem zdrowe fajne warzywa, tylko dlatego że im na papierku termin trwałości minął, to samo jest na bazarach – kiedy zamykają, można chapnąć za darmo nawet… moja kumpela wracając z pracy zawsze penetrowała i bywało że całą siatę jarzyn przytargała, były one nie pierwszej młodości, ale do gara akurat… ja nie mogę tyle chodzić i nosić więc odpadam

    • ty się nie śmiej, kiedyś mieszkałam w miejscu gdzie za sklepem leżakowała wielka góra doskonałych porów, cebul, kalafiorów, brokułów itd,
      kiedyś syn przyszedł do domu z wypchaną siatką i mówi – mamo, zobacz, za darmo… trochę się zwinęłam w pół na myśl, że to jest żarcie ze śmietnika, ale zracjonalizowałam obrzydzenie, uporządkowałam zamęt w mózgu, poszłam – i co zobaczyłam? – tłumek sąsiadów – emerytów na górze warzyw podających sobie uprzejmie różne atrakcyjne sztuki, niestety obrzydliwcy ze sklepu wybudowali murek naokoło i skończyło się eldorado

      a na bazarku moja kumpela chodziła i „sprzątała” – oni się tam pakowali i resztki za złotówkę albo za free szły, nie ma tu nic obrzydliwego, to jest po prostu zapobieganie ewidentnemu marnotrawstwu i oszczędzanie cennych złotówek na inne potrzebne rzeczy 😀

  7. Ale ja się uśmiecham, nie śmieję – no, najwyżej z siebie, że zapomniałam, jak smarkata ganiałam po zmroku na okoliczne pola (za blokiem była ulica, a tuż za nią najprawdziwsze pola! wydarte potem rolnikom przez dewelopera) i zbierałam warzywka. Do dziś czuję smak soku z wyszabrowanych wtedy marchewek 🙂

    Jak napisałaś – nie ma w tym nic obrzydliwego. A ja mam niedaleko niedzielny bazarek, świetnie zaopatrzony, mam też rower… 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s