W podróży

Wyjechałam 2 – go maja wieczorem. Za oknem listopad. W walizce blender, dwie dorodne sałaty, wór marchewki, drugi cytryn, dwie siaty z jabłkami i kilka naleśników z mąki gryczanej owiniętych dookoła pasty z soczewicy i papryki… na zaś, 3 – go to święto, wiadomo, że nic tu nie kupię. Jedyny czynny tu sklep jest pełen chipsów, papierosów, słodkich soków i lodów. Poza tym była ze mną butla muszynianki. Właśnie przed chwilką dokupiłam następną.

Praktycznie rzecz biorąc jestem ciurkiem na surowym jedzeniu. Od rana szejki z tego co mam przegryzane naleśnikami. Z moimi stópkami jest o dziwo lepiej, pomimo, że raz się zapomniałam i podjęłam walizę do góry sama, co by ją w środku komunikacji logistycznie lepiej usytuować. Jak to możliwe że jest lepiej, jakim cudem? No jakim? Surowe? Ziółka? Wiara? Przekonanie? Tak miało być? Przyznam się – okropnie się bałam tej podróży, ale morzenie choróbska przy pomocy surowego jedzenia to jest znakomita metoda. Oprócz tego, że surowe, nie jem słodkiego.

Jutro jadę dalej, z pustą już walizką, dalej weźmie mnie pod opiekę pewna miła kuzynka. Alleluja. Ujdzie wyżyć. Żyję! Jedząc samą sałatę z jabłkami i marchewką z odrobiną przeżutego siemienia lnianego (lubię żuć siemię lniane). Żyję i jest lepiej. Poza tym poznałam cudownych ludzi.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s