Niejadki

Niedawno wskoczyła mi w ucho reklama. Jeśli twoje dziecko nie je, to kup mu jakieś coś w postaci syropku albo pastylek, nawet nie wiem, w jakiej, bo nie powiedzieli, ale skutek tego będzie taki, że dziecina zacznie wchłaniać wszystko co jej podasz, jak odkurzacz. Wspaniale. Dlaczego matki boją się, że dziecko będzie mało jadło i trzeba w nie wmuszać? Dlaczego wydaje im się, że dziecko nie ma żołądka, kwasów żołądkowych, instynktu samozachowawczego i nie powie, że jest głodne albo spragnione. Dlaczego dorośli odbierają dziecku podmiotowość w tej materii? Na lękach niepewnych siebie i zastraszonych matek cwaniacy zbijają kasę. I dlaczego dzieci nie mogą jeść tego, co lubią tylko to co wmuszą w nie mama albo tata? Oczywiście zasada numer jeden – żadnych słodyczy i soczków, poza tym luzik.

Wczoraj rano jedna dzieweczka w wieku mojego synka zadała w grupie na FB pytanie, co zrobić kiedy dzidzia nie je. Nawet się wdałam z nią w rozmowę na priv. Okazało się, że córeczka nie lubi soków (tych słodkich z kartonów), herbaty, że uwielbia marchewki i sałatki i jest drobnej budowy. Młoda mateczka się schizuje, że dziecko padnie najwidoczniej. Uffff.

Moje dzieci były wychowywane po wegetariańsku, ale niezbyt konsekwentnie, nie oczekiwałam, że będą trzymać się tej diety, kiedy są u babci czy wśród koleżanek i kolegów. Czasem nawet podawałam mięso w domu, kiedy zauważyłam, że polubiły. Były to mikro ilości, ale były od czasu do czasu, nie bylismy za bogaci, więc wielka ilość wszelakich placuszków, kaszek, klusek, naleśników i tego typu rzeczy była u nas na porządku dziennym. Nie byłam w stanie walczyć z otaczającą mnie rzeczywistością. Nigdy nie dawałam im cukierków, soczków i tego typu rzeczy, nawet ciast. Uważałam że to zaburzy im łaknienie i przemianę materii. W zasięgu stał dzbanek z wodą, aby móc zawsze zaspokoić pragnienie i to wszystko. Kupowałam im owoce w charakterze słodyczy. Jeśli nie chciały jeść, nie jadły, nie robiłam im nic ekstra specjalnego, po prostu chodziły głodne, to był ich wybór. Starałam się gotować takie jedzenie, jakie lubią, ale bez przesady, bywało różnie, bo każdy ma inne upodobania, a uwzględnić trzeba było potrzeby całej rodziny, nie tylko każdego dzieciaka szczególnie. Poza tym miałam jakieś swoje koncepcje żywieniowe i ograniczenia finansowe. Szło jak szło.

Wiedziałam, że kiedy się poorientowali w szkole zaczęli zasysać wszelaki shit ze szkolnego sklepiku, kredyt regulował tata. Wiedziałam. Nie miałam na to wpływu. Wiedziałam, kiedy zaczęli palić i eksperymentować z alkoholem i różnymi używkami. Przeczekałam to wszystko nie rozkręcając wojny ewangelizacyjnej, samo się ułożyło. Wyciszyło się, znormalnieli, rzucili papierosy, trunki itd, sami przeszli na wegetarianizm, potem na weganizm, jeszcze zanim ja się obudziłam po latach wszystkożerstwa. Byli i są moimi przewodnikami i wsparciem w leczeniu się dietą. Ładnie wyszło. Zero przemocy kulinarnej zaowocowało bardzo pozytywnie. Nikt nie umarł z głodu i nie chorował obłożnie.

Czy trzeba się bać? Owszem, jeśli dzieciak się słania i ciągle choruje, nie ma humoru, nie bawi się, jest pogrążony w jakimś marazmie, apatii, albo jest nadmiernie ożywiony, można się niepokoić i pamiętać, że brak apetytu jest objawem  jakiejś nieprawidłowości, a nie chorobą. W przeciwnym wypadku, myślę, że można być spokojnym. Każdy ma takie dni, że mu się nie chce dużo jeść, nawet psy tak miewają. Ja na przykład jako dziecko zawsze tak miałam. Potrzeby mojej mamy w zakresie wchłaniania żarcia przeze mnie zawsze przekraczały moje możliwości. W oczach lekarzy wyglądałam, jak na tydzień przed śmiercią głodową. Straszyli moją biedną mamusię, a ona nabierała się na tę pseudotroskę. Lekarz był dla niej autorytetem. Zresztą normy wtedy były inne niż teraz, a i wiedza dietetyczna na marnym poziomie. Jako dziecko nie znałam uczucia głodu. Pamiętam ciągłe pełne troski zmartwienia mamy, czy aby zjadłam wszystko i czy wystarczająco. Pamiętam godziny spędzone nad zimnym talerzem, bo trzeba było wszystko zjeść i kuglarskie sztuczki z pozbywaniem się zawartości talerza. Skutek był taki, że połowa żarcia lądowała w śmietniku chytrze zawinięta w gazetę (zwłaszcza mięsko), kanapki zaś ginęły w paszczkach piesków, których sporo bezdomnych albo po prostu włóczących się spotykałam w drodze ze szkoły.

Nie chciałam robić tego moim dzieciom. W jedzeniu miały wolność, co przygnębiało moją martwiącą się mamę i kiedy ją odwiedzaliśmy nie wychodziła z kuchni. W ciągu tygodnia potrafiła ich utuczyć o ładnych parę kilo. Bardzo ich kochała i do końca życia będą pamiętać smakowite wyżery u babci, ciasta, sałatki, ulubione kanapki, grzanki.

W moim domu aż tak nie było i wszyscy bylismy zawsze chudzi. 😀

Więc dlaczego ja to opisuję? Bo mi ciary po plecach poleciały, kiedy usłyszałam tę kretyńską reklamę mającą pomóc mateczkom zrobić z dzieci tuczniki przy pomocy jakiegoś farmaceutycznego g*wna. Wstrętne to jest, generowanie zysku na cudzej niewiedzy i lęku. Wstrętne, obrzydliwe i nieetyczne. To powinno być karalne.

Reklamy

3 responses

  1. Znam ten problem aż za dobrze 😦 Byłam szczęśliwym dzieckiem, dopóki najbliższe mi mądralińskie nie orzekły, że jestem za chuda, czyt. zagłodzona, i nie wpadły na genialny pomysł utuczenia mnie za pomocą wszelkich dostępnych środków. A potem się dziwiły – do dzisiaj by się dziwiły, gdyby ich miażdżyca nie pokonała przed czasem – skąd we mnie tyle smutku i dystansu do ludzi (ba, przynajmniej nie panikowały, że spadnę z drzewa, bo nie łaziłam po drzwach, byłam zanadto ociężała).
    Mimo że od dawna jestem chuda, wciąż ponoszę konsekwencje tamtej głupoty. Nie potrafię właściwie ocenić swojej tuszy, a raczej jej braku. Balansuję pomiędzy. Mam tylko nadzieję, że jeśli kiedyś zostanę matką, nie zafunduję swojemu dziecku podobnej huśtawki.

  2. Mam kilka zasad do stosowania dopóki ma się jakikolwiek wpływ na to co dzieci jedzą i robią w trakcie posiłku:
    – jeśli dziecko zaczyna bawić się jedzeniem zamiast jeść -> koniec posiłku, żadnego włączania telewizora, czytania bajek i zabawiania żeby chyłkiem wcisnąć kolejną łyżkę do paszczy
    – posiłek nie powinien trwać dłużej niż 20-30 minut
    – nie powinno dawać się słodkich rzeczy i najlepiej czegokolwiek pomiędzy posiłkami, wyjątkowo w jakiejś podróży czy intensywnej zabawie
    – zero cukru pod jakąkolwiek postacią
    – odrobina głodu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, okresowe niedojadanie jest lepsze od przejadania się
    – nie bać się, że chude, małe albo jakieś tam, mój syn był mikry w podstawówce, a w liceum wybujał po sufit, a poza tym Napoleon też był niezbyt wysoki, to nie hodowla brojlerów tylko opieka nad rosnącym człowiekiem
    – nie przejmować się przesadnie histeriami lekarzy, niektórzy pojęcia o niczym nie mają, medycyna jest bastionem konserwy jak Watykan co najmniej, w średniowieczu leczyli przy pomocy piły i pijawek, a teraz chemicznymi pigułkami, jak mawia dr Czerniak – jest pięć białych śmierci w naszej kulturze – cukier, sól, mąka, kokaina i lekarz pierwszego kontaktu 😉
    – jeśli dziecko wygląda sympatycznie na oko, bawi się chętnie, śpi spokojnie, nawiązuje relacje i miewa apetyt – jest dobrze
    – pies ma prawo zrobić sobie jednodniową głodówkę, dziecko też
    – dziecko ma żołądek, kwasy żołądkowe, instynkt samozachowawczy, nie niszczmy tego, niech się nauczy z tego korzystać

    z kilku zrobiło się 10, trudno.. rozgadałam się 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s