Rozmowa z dietetyczką o zdrowym odżywianiu

Bardzo ciekawa rozmowa o żywieniu: Wegetarianizm i weganizm okiem dietetyka. Opowiada Hanna Stolinska

stolinska

Reklamy

CRONOMETER

Jest tu https://cronometer.com. Naprawdę warto skorzystać. Również można skorzystać z translatora i nauczyć się angielskich nazw składników pożywienia. W ramach wiosennego detoksu próbowałam coś ze sobą zrobić i moja umiłowana dietetyczka zasugerowała mi właśnie ten program.

Udaje się znakomicie. Otrzymujemy wszystkie informacje na temat brakujących składników, i tych pozyskanych w nadmiarze. Jestem bardzo zadowolona, chociaż na ten moment kiepsko idzie mi zapisywanie, bo zajmuje dużo czasu. Troch potrwa zanim zacznę pamiętać, ile co waży i jak się nazywa. Ale zabawa przednia, rodzaj puzzli. Można nauczyć się skąd brać składniki pożywienia i jak kombinować, żeby starczyło wszystkiego i nie było nadmiaru.

O zdrowej długowieczności

Pod linkiem jest fragment książki o długowiecznych ludziach, o których opowiada film. To piękna książka. Czytajcie ją. Czytałam już o tym wielokrotnie a teraz okazało się, że ktoś zadał sobie trud zebrania informacji zusammen do kupy i opisania wszystkiego w książce

http://www.galaktyka.com.pl/product,,633,6.html

Diety wege u dzieci i młodzieży

Wysłuchajcie wykładu podsumowującego przegląd najnowszych badań nad dietą wegetariańską, wegańską i makrobiotyczną. Wykład jest pod linkiem. Zdjęcie to tylko screen ze strony dieta.mp.pl

http://dieta.mp.pl/aktualnosci/show.html?id=110801

desmond

Bardzo mądry artykuł

Tu jest streszczenie:

10 sposobów na wzmocnienie odporności

1. Dieta to podstawa (roślinki!)
2.  Suplementuj w razie potrzeby niedobory.
3. Stosuj wzmacniające odporność zioła, przyprawy i adaptogeny.
4. Dbaj o wypoczynek, sen i produkcję endorfin.
5. Wyrzuć z domu złodziei (o ty cukrze, won i precz).
6. Regularnie sprzątaj wnętrze (sen i post).
7. Aktywność fizyczna (skuteczna, kiedy się spocisz).
8. Pokochaj słońce.
9. Unikaj toksyn środowiskowych.
10. Unikaj źródeł promieniowania.

Podsumowanie:

Bądź dobrym i dbającym właścicielem swojego ukochanego organizmu. Pamiętasz, że jest on jedynym miejscem, jakie masz do życia? Tylko od Ciebie zależy czy w miarę upływu czasu staniesz się rozsypującym się i przeżartym rdzą starym rupieciem czy też wzbudzającym zachwyt swoim wyglądem i sprawnością wyjątkowo dobrze utrzymanym modelem vintage. Silny, zadbany i na bieżąco konserwowany system immunologiczny stojąc na straży naszego dobrostanu wykona zawsze pracę do której został stworzony przez naturę: uchroni nas od wszystkich chorób – od kataru aż po raka.

Czego Wam wszystkim z całego serca życzę. Dbajcie o siebie! :)

Wszystko jest tu, proszę przeczytać koniecznie: akademiawitalnosci.pl

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

 

Ogłoszenie

Małgorzata Desmond, absolwentka Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, University of West London, Imperial College London, Harvard School of Public Health (dietetyka, medycyna żywienia, epidemiologia żywienia, zdrowie publiczne) i doktorantka jednego z czołowych ośrodków naukowych na świecie University College London (Institute of Child Health) prowadzi też największe w historii nauki badanie poświęcone wpływowi diety na czynniki ryzyka chorób krążenia u dzieci. Jest to projekt badawczy Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”, University College London oraz Fudacji WIEMY CO JEMY Nauka i Edukacja Społeczna dla Zdrowia pod kierownictwem prof. dr hab. n. med. Janusza Książyka – kierownika Kliniki Pediatrii, Żywienia i Chorób Metabolicznych CZD.

Do udziału w badaniu mogą zgłosić się dzieci w wieku 5-10 lat, na dietach wegetariańskich lub wegańskich. Dzieci te będą mogły zaprosić do badania swoich rówieśników odżywiających się w sposób tradycyjny.

W zakres badania wchodzi pomiar wielu parametrów krwi, gęstości i jakości kości oraz bardzo specjalistyczne pomiary, które mogą być wykonane tylko w niewielu szpitalach w Polsce. Jest to badanie o łącznej wartości rynkowej przekraczającej 1 tys. zł. Rodzice otrzymają wyniki badań swoich dzieci oraz poradę żywieniową.

Znaczenie tego projektu jest ogromne – zarówno w wymiarze indywidualnym jak i społecznym. Dlatego serdecznie zachęcamy do udziału.

Osobom spoza Warszawy zapewniamy nocleg i zwrot kosztów podróży. Szczegółowe informacje wyślemy po otrzymaniu zgłoszenia. Dodatkowa atrakcja dla uczestników badania to 10% zniżki w sklepie Vegekoszyk. Więcej informacji na załączonym plakacie.

badania

Źródło: WIEMY CO JEMY na Facebooku

Stanowisko Amerykańskiego Stowarzyszenia Dietetycznego i Dietetyków Kanady

Artykuł będący właściwie streszczeniem, oto screen dwóch kawałków:

dieta02

dieta01

Całość do „spożycia” tu

(I tu – stanowisko ADA_2003_P na wszelki wypadek, gdyby tam znikło))

Polecam dla poprawienia samopoczucia wszystkim męczonym przez różne „autorytety” weganom i wegetarianom.

Żegnaj pszenico – czyli bardzo ciekawe wiadomości

Dr William Davis, autor książki „Dieta bez pszenicy”, kardiolog i bloger.

Co się dzieje po odstawieniu pszenicy?

Ci, którzy zrezygnowali z pszenicy, opowiadali mi o innych zmianach na lepsze: ustępowały u nich bóle stawów, cofał się artretyzm, znikały przewlekłe wysypki; astma cofała się na tyle, że niektórzy mogli odstawić inhalatory; znikały przewlekłe infekcje zatok przynosowych; ustępowała opuchlizna nóg; znikały ciągnące się latami migreny i bóle głowy.

Nie ulega wątpliwości, że pszenica, na wczesnym etapie rolnictwa, służyła do tego, aby przetrwać okresy, w których brakowało pokarmów upolowanych lub zebranych. Jako wypełniacz kaloryczny pozwalający przeżyć bez polowania, jest żywnością wygodną. Jednak od samego początku jej spożycie miało negatywne dla zdrowia skutki. Nawet wczesne odmiany takie jak pszenica samopsza i płaskurka nie były dla człowieka zdrowe. Znane są doniesienia już z roku 100 n.e. dotyczące występowania celiakii.

Jednak dopiero zmiany genetyczne, dokonane w ostatnich 40-50 latach, w połączeniu z globalnymi zaleceniami spożywania coraz większej ilości pszenicy, doprowadziły do dzisiejszej tragicznej sytuacji. Te okoliczności zmieniły pszenicę z niezdrowego składnika naszej diety w dietetyczną zmorę całej ludzkości.

Rzecz jasna wciąż potrzebujemy więcej dowodów na szkodliwość pszenicy, zanim zdecydujemy się zrezygnować z jej spożycia, a zwłaszcza jej genetycznie modyfikowanej odmiany, którą się nam wciska jako „pokarm”. Jednak moim zdaniem dane, które już dziś są dostępne, dostatecznie uzasadniają rozpoczęcie publicznej debaty na ten temat. Na jej podstawie ludzie mogliby podejmować świadome decyzje.

Obecną sytuację można porównać do tej, w której mieszkańcy jednej wioski piją wodę z tej samej studni i 9 na 10 osób wskutek tego choruje. Kiedy przestają pić, wszyscy zdrowieją, a kiedy ponownie zaczynają pić wodę z tej studni, znowu chorują. Czy mając takie powtarzalne obserwacje co do przyczyny i skutku, wciąż potrzebujemy badań klinicznych, aby tę relację udowodnić ? Moim zdaniem, nie potrzebujemy.

Patrząc ewolucyjnie, kamut i orkisz to starsze formy pszenicy. Zatem nie doszło u nich do szkodliwych modyfikacji genomu „D” jakie miały miejsce w przypadku nowoczesnej pszenicy. Ale to wciąż pszenica. Oznacza to, że będzie tam gliadyna (choć jej działanie w zakresie pobudzania apetytu będzie mniejsze niż jej współczesnego odpowiednika), będą też lektyny zwiększające przepuszczalność jelit. Oba składniki podnoszą dodatkowo stężenie cukru we krwi.

Jeśli chodzi o oddziaływanie na układ odpornościowy, owies rzeczywiście różni się znacząco od pszenicy. Jednak problem z owsem polega na tym, że niezwykle mocno podnosi poziom cukru we krwi.

Szarłat i gryka to ziarna, które nie mają związku z pszenicą i zasadniczo są czystymi węglowodanami. W przeciwieństwie do pszenicy nie wywołują skutków immunologicznych, neurologicznych, ani nie pobudzają apetytu. Jednak podobnie jak owies podnoszą stężenie cukru we krwi i wywołują wszystkie efekty z tym związane (zwiększona oporność na insulinę oraz glikacja – w oku, w tkankach chrzęstnych, w tętnicach, oraz glikacja cząstek LDL). Z tego powodu doradzam pacjentom, aby te wszystkie ziarna spożywali w niewielkich ilościach tj. nie więcej niż niż pół filiżanki po ugotowaniu, i tylko w ramach diety ubogiej w węglowodany (np. średnio 40-50 gramów dziennie).

Dwie kromki pełnoziarnistego chleba pszenicznego podnoszą cukier bardziej niż biały cukier, bardziej niż wiele czekoladowych batonów. Aż dziw bierze, że mimo tego dietetycy wciąż zalecają zwiększone spożycie pełnoziarnistego pieczywa. Im więcej pszenicy jesz, tym wyżej i częściej rośnie u ciebie poziom cukru we krwi.

Tak więc zwiększone spożycie pszenicy, które nam się zaleca, nie jest dobrą odpowiedzią na epidemię cukrzycy, która niebawem dotknie połowę Amerykanów, a na całym świecie 346 milionów ludzi. Moim zdaniem, spożywanie dużych ilości „zdrowych pełnoziarnistych produktów zbożowych” jest w dużej mierze przyczyną tej epidemii. Wyeliminowanie ich z diety pozwoli nam zapanować nad tą sytuacją, a nawet ją odwrócić.

Podobną batalię stoczyliśmy (i wciąż ją prowadzimy), kiedy okazało się, że palenie jest szkodliwe dla zdrowia. Wówczas, kiedy pytano ludzi związanych z przemysłem tytoniowym o to, jak mogą pracować dla firm niszczących ludzkie zdrowie, odpowiadali: „Miałem rodzinę na utrzymaniu i kredyt hipoteczny do spłacenia”.

Hipoteza o szkodliwości pszenicy uderza wielu ludzi tam, gdzie jest to bardzo bolesne tj. w ich portfel. Jednak osobiście nie mam ochoty z tego powodu poświęcać swojego zdrowia, a także zdrowia mojej rodziny, przyjaciół, sąsiadów i pacjentów, i nie chcę pozwolić, aby to niekorzystne status quo trwało.

Genetycy zajmujący się produkcją rolniczą pracują na roślinach, nie na ludziach. W tym środowisku panuje powszechny i głęboko zakorzeniony pogląd, że bez względu na to jakich technik używa się przy genetycznych modyfikacjach roślin jak właśnie pszenica, i tak nadają się one do spożycia przez ludzi. Pewnych pytań się tam po prostu nie zadaje.

Moim zdaniem to fundamentalny błąd, który leży u źródeł cierpienia wielu ludzi, którzy w dobrej wierze spożywają produkty inżynierii genetycznej, błędnie nazywane „pszenicą”.

Odżywianie to niezwykle ważne zagadnienie, które budzi wiele emocji. Dietetycy i inni „eksperci” ds. żywienia zostali mocno zindoktrynowani w zakresie pozytywnego wpływu na człowieka „zdrowych pokarmów pełnoziarnistych”. W związku z tym ich pierwszą reakcją na poglądy, takie jak moje, jest zwykle złość. Utrzymują, że musi to być jakaś chwilowa moda na odchudzanie, która szybko minie.

Jednak każdy, kto przeczyta „Wheat Belly” zrozumie, że jest dokładnie na odwrót. Książka omawia to wszystko, czego się publicznie nie mówi na temat zbóż zmienionych genetycznie nie tylko w celu zwiększenia plonów, ale również pobudzenia apetytu konsumenta.

Rozstanie z pszenicą umożliwiło mi zrzucenie niechcianych kilogramów wokół pasa, poziom cholesterolu we krwi zmienił się na lepsze (HDL 63 mg/dl, trójglicerydy 50 mg/dl, LDL 70 mg/dl), poziom cukru spadł do 84 mg/dl, a ciśnienie krwi ustabilizowało się na poziomie 114/74 – wszystko bez lekarstw.

Innymi słowy, to, co wymagało naprawy, naprawiło się samo. Odzyskałem też zdolność koncentracji. Potrafię się teraz skupić na czymś tak długo, że moja żona krzyczy na mnie, żebym przestał. Koniec końców, w wieku 54 lat czuję się lepiej niż wtedy, kiedy miałem lat 30.

Nie ulega wątpliwości, że dogmat o tym, że „tłuszcze są niezdrowe, a zboża są zdrowe”, będzie jeszcze długo dominował wśród lekarzy. Jednak każdy, kto zapozna się z wyczerpującą argumentacją, którą przedstawiłem w swojej książce, dojdzie do przekonania, że tzw. pszenica nie jest już pszenicą, tylko całkowicie zmienionym wytworem badań genetycznych.

Mając tę wiedzę, lekarze zrozumieliby, że wiele powszechnych schorzeń można wytłumaczyć spożyciem tej nowoczesnej „pszenicy” i jej wpływem na organizm człowieka.

Moim zdaniem cała współczesna medycyna podąża dziś drogą wysokich technologii, drogich i zyskownych procedur medycznych, leków oraz fatalnej opieki. Zbyt wiele osób w systemie straciło z oczu wizję pomagania innym, zapomniało, że naszą misją jest leczenie ludzi.

Może to brzmi staroświecko, ale uważam, że opieka zdrowotna podlega dziś bardzo niedobrym tendencjom, które redukują jej znaczenie do transakcji finansowych obwarowanych przepisami prawa. Medycynie należy przywrócić jej związek z leczeniem ludzi.

Widzę również, że wielu lekarzy i ekspertów całkowicie rozczarowało się nieskutecznością porad żywieniowych. Jako że tzw. „wiedza” dietetyczna, upowszechniana od 50 lat, okazała się w tak wielu aspektach błędna, ludzie stracili wiarę, że odżywianie i metody naturalne mogą poprawić zdrowie człowieka. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że dieta i metody naturalne mają potężną moc uzdrawiania, pod warunkiem, że dobieramy je właściwie.

Nie sądzę, żeby moja książka wywoływała masową histerię, wskutek której każdy wyrzuci do śmieci wszystkie pokarmy z pszenicą tylko dlatego, że ja tak mówię. Pacjenci sami opowiadają o wielu korzyściach zdrowotnych związanych z eliminacją pszenicy z diety: tracą na wadze bez ograniczania liczby spożywanych kalorii, czują ulgę w przypadku wielu schorzeń, doświadczają subiektywnej poprawy samopoczucia i przypływu energii.

Mogę powiedzieć, że wyeliminowanie z diety pszenicy jest najbardziej zadziwiającym i najskuteczniejszym sposobem na poprawę zdrowia, z jakim się spotkałem w swojej 25-letniej praktyce lekarskiej.

Więcej tu: kobieta.gazeta.pl/

Ktoś ma podobne doświadczenia?

Długi bardzo tekst o najczęściej spotykanych niedoborach

To jest tekst skopiowany z pewnego wege forum. Uważam, że jest bardzo mądry (jak dla mnie za mądry). Nie jestem w stanie tego zapamiętać i mam niejasne wrażenie, że dietetyczki, z którymi miałam do czynienia też. Myślę, że warto się zapoznać, bo dużo ciekawej wiedzy z tego wynika. Raz na jakiś czas trzeba poczytać i zajrzeć w swoje nawyki, jak wyglądają i czy nie trzeba by było czegoś dostarczyć swojemu ulubionemu zwierzakowi czyli cielsku. I to niezależnie od diety jaką stosujemy, o ile w ogóle jakąś stosujemy.

„(…)na co powinno zwrócić się uwagę w czasie układania diety.

Pierwsza grupa substancji – te, których niedobory mają praktycznie wszyscy, bez względu na dietę (a więc dotyczy ona nie tylko wegetarian i wegan).

Witamina D. Jest produkowana pod wpływem słońca. magazynowana przez organizm, zapasy starczą teoretycznie na kilka do nawet kilkunastu miesięcy, ale już miesiąc – dwa po ustaniu nasłonecznienia pojawiają się silne objawy niedoboru. W Polsce promienie słoneczne tylko kilka miesięcy w roku mają odpowiednią intensywność, aby pobudzić skórę do produkcji odpowiedniej ilości witaminy, co więcej, chronimy się przed nimi ubraniami, siedzeniem w południe w domu, kremami z filtrem ochronnym. W efekcie niedoboru nie ma tylko kilka miesięcy w ciągu roku.

Podstawowe objawy niedoboru to depresja, osłabienie odporności, a przede wszystkim bardzo duża podatność na infekcje wirusowe (przeziębienia i grypa). To właśnie jest przyczyną corocznej epidemii grypy i przeziębień, a nie „przeziębienia się”. Dodatkowo niedobory wiążą się z dużo wyższym ryzykiem m.in. raka czt schorzeń autoimmunologicznych. Dawki, które pozwalają zachować odpowiedni poziom są znacznie wyższe od spotykanych w suplementach. Zazwyczaj lekarze zajmujący się badaniem wpływu witaminy D na zdrowie zalecają dawki rzędu 4000 IU dziennie w okresie zimowym.

Jod. Wszyscy go suplementujemy za pomocą sztucznie najodowanej soli kuchennej, ale znowuż dawka taka nie jest wystarczająca. W Japonii dzienne spożycie jodu przekracza niekiedy „maksymalną bezpieczną dawkę” kilkanaście do kilkudziesięciu razy, a zalecaną często 100 krotnie – o dziwo, największe spożycie jest właśnie w największych enklawach długowieczności. W jednym tylko japońskim mieście, gdzie jod spożywa się w „niebezpiecznie wysokich dawkach” jest więcej 100 latków, niż w całych Stanach Zjednoczonych z „właściwym spożyciem jodu”. Odradzam ryby jako źródło, ze względu na wysokie stężenie rtęci i pierwiastków z grupy fluorowców, m.in. bromu który jest antagonistą jodu i może wywołać schorzenia tarczycy. Bez suplementacji się nie obejdzie, nie jesteśmy stworzeni do życia w takim klimacie, w jakim żyjemy. W naszej praojczyźnie stężenie jodu w powietrzu i w pokarmach było o wiele, wiele wyższe.

Selen – w Polsce gleby są w ten pierwiastek dość ubogie. Można obejść się bez suplementów, jedząc importowane pokarmy z wysoką zawartością selenu, np orzechy brazylijskie.

Kwasy omega 3. Stosunek kwasów omega 3 do omega 6 w diecie powinien być pomiędzy 1:1 a 1:4, w praktyce wynosi często 1:40. W efekcie dochodzi do stopniowej degeneracji całego ciała i znacznie zwiększonego ryzyka schorzeń cywilizacyjnych. Nie tylko powinno się zwiększyć spożycie omega 3, ale też zmniejszyć omega 6, a tłuszcz nasycony (blokujący metabolizm tych kwasów) najlepiej zredukować w pobliże zera. Suplementy są stratą pieniędzy, idealne źródła to np olej lniany.

Na samym końcu jest drobna uwaga dla wegan odnośnie DHA, ale dotyczy ona – w mniejszym co prawda stopniu – zarówno wszystkojadów jak i wegetarian.

Cynk. W badaniach statystycznych niedobory cynku miało nawet 80% mieszkańców krajów wysoko uprzemysłowionych (czyli takich jak Polska). Również powinno się zwrócić uwagę na zdrowe odżywianie, suplementacja nie jest rozwiązaniem.

Beta – alanina. Jest w dziale „dla każdego”, bo zalety brania supli każdy odczuje, ale wegetarianie mają o wiele, wiele większe niedobory niż reszta populacji. Wydaje się, że to właśnie beta-alanina jest przyczyną, dla której wegetarianie i weganie żyją trochę dłużej niż reszta populacji, zamiast znacznie dłużej. Cała jej rola to zwiększanie stężenia karnozyny. W badaniu które wygrzebałem, wegetarianie mieli stężenie karnozyny 13 mmol/kg, sportowcy 19, przeciętna populacji 23, a prawdopodobny zdrowy poziom byłby gdzieś w okolicach 35-40. Karnozyna to jeden z najsiniejszych antyoksydantów i jeden z najsilniej działających czynników przeciwdziałających starzeniu się komórek. Różnice nie będą tu wynosić kilku procent, ale kilkadziesiąt, to naprawdę BARDZO duża różnica jeśli chodzi o zachowanie młodości. Absolutnie niezbędna dla wegesportowców (i sportowców w ogóle). Bez niej mięśnie po prostu nie działają. Niedobory prowadzą do degeneracji układu nerwowego. Dawki dla maksymalnego efektu (dla sportowców) to kilka gramów dziennie podzielone na małe porcje, minimalne to 500 mg. Uwaga – po zażyciu większej dawki pojawi się uczucie szczypania / swędzenia, na skutek aktywizacji nerwów obwodowych. Jest to całkowicie normalne, bezpieczne i zanika po około godzinie.

Witamina B12. Nie, w jajkach i mleku nie ma wystarczającej ilości tej witaminy. Teoretycznie w naturalnym środowisku nie mają prawa wystąpić niedobory – ta witamina jest w bardzo dużej ilości w brudnej wodzie, np w kałużach czy rzekach. Niestety, to co leci z kranu jest jej pozbawione. Teza jakoby wszystkożercy nie musieli uzupełniać B12 jest niebezpiecznym mitem, kosztującym życie dziesiątki tysięcy osób każdego roku.Co prawda weganie mają niedobory krytyczne, wegetarianie bardzo duże, ale zaledwie 20% wszystkożerców ma poziom który zapewnia idealne funkcjonowanie układu nerwowego. Innymi slowy – weganie bez B12 poważnie zachorują, wegetarianie zachorują nieco później, wszystkożercy „tylko” narażają się na choroby wynikające z niedoboru – m.in. Parkinsona i Alzheimera oraz chroniczne depresje.

Witamina K2 (nie mylić ze zwykłą witaminą K). N dzień dzisiejszy nie jest jasne, czy weganie mają wystarczającą ilość witaminy K2 produkowaną przez florę bakteryjną, niemal na pewno nie mają, nie ma jednak żadnych wątpliwości że weganie żyjący na „śmieciowej” diecie mają bardzo duże niedobory. Zamieszczam jednak w dziale „dla wszystkich”, gdyż co prawda tylko weganie są „skazani” na niedobór, ale nie zmienia to faktu, że 90% społeczeństwa odniesie bardzo duże korzyści z suplementacji. 33 mikrogramy witaminy K2 dziennie z diety wiązało się z 50% niższą śmiertelnością chorób układu krążenia, o wiele niższym prawdopodobieństwem złamań kości (jedna z najczęstszych przyczyn śmierci w pewnym wieku), wysoki poziom konsumpcji witaminy K2 wiąże się z niemal dwukrotnie (!) niższą szansą zachorowania na raka płuc czy prostaty, ta witamina powoduje cofanie się zwapnień tętnic – można długo jeszcze wymieniać. Witaminę K2 w formie odpowiedniej dla wegan można sprowadzać z UK (czyli w praktyce wiąże się to z kliknięciem „kup” teraz na ebay) za jakieś śmieszne grosze. W Polsce ta sama witamina kosztuje majątek, więc naprawdę warto poświęcić 2 minuty na założenie konta na Ebay. Uwaga – właściwa forma to witamina MK4, w Polsce dostępna jest na dzień dzisiejszy tylko forma MK7, która ma dużo słabsze działanie (o ile w ogóle). Ideał to przyjmowanie suplementu z obydwiema formami, przy czym MK4 powinno być o wiele więcej.

GLA – kwas gamma linolenowy. Mam pewne wątpliwości, czy wrzucać ten kwas na listę „niedoborów”, ponieważ niemal nie występuje on w pożywieniu. Nasze organizmy powinny produkować go same. Niestety, u sporej grupy osób ta synteza jest upośledzona i mają one dość duże niedobory, co skutkuje znacznym zwiększeniem ryzyka chorób autoimmunologicznych, nowotworów etc. Co gorsza, nie ma za bardzo jak sprawdzić, czy jesteśmy na tej grupie. Zaznaczę więc tylko obecność GLA na liście potencjalnie korzystnych suplementów.

O czym powinni pamiętać wegetarianie – wszystko co powyżej, oraz:

Kreatyna – substancja, którą teoretycznie organizm powinien wytworzyć sam, ale pod warunkiem, że ma właściwe warunki. W praktyce większość wegetarian ma sporo niższy poziom kreatyny. W badaniach suplementy znacznie podnosiły wydolność sportową w porównaniu do takich samych dawek suplementów przyjmowanych przez wszystkożerców, podnosiły też iloraz inteligencji. Nie jest niezbędna, ale można ją uznać za „zdrową żywność”.

Lizyna, jeden z aminokwasów egzogennych – problem dotyczy głównie wegan, ale nawet ludzi na „normalnej” diecie miewają niedobory lizyny, jeśli jedzą dużo „śmieciowej” żywności. Na diecie czysto wegańskiej trudno jest utrzymać odpowiedni poziom lizyny, zwłaszcza jeśli dodatkowo bogata jest w argininę. Objawy niedoboru lizyny to przede wszystkim zaburzenia emocjonalne – nerwica, bezsenność, ataki lęku, w dalszej kolejności może dojść do słabej regeneracji krwi a nawet lekkiej anemii, zwiększonej łamliwości włosów, słabszej regeneracji, utraty apetytu, niekiedy nasilenie astmy i znacznie zmniejszona aktywność tarczycy, zaś najgorsze powikłania, których nie widać – do znacznego przyspieszenia zmian miażdżycowych, osteoporozy i zwiększonego ryzyka rozwoju nowotworów. Jedno jajko pokrywa 1/5 zapotrzebowania na lizynę ważącej 60 kg kobiety albo 1/9 pracującego fizycznie bądź uprawiającego umiarkowany sport 90 kg mężczyzny. 300 gramów gotowanej fasoli odpowiada 4 jajkom. Pół kilograma gotowanego makaronu odpowiada jednemu jajku, 100 gramów sera Cheddar – czterem. Są dostępne wegańskie tabletki z czystą lizyną.

Kwasy EPA – co dotyczy również wegan. Niestety, są ludzie, których organizmy nie są w stanie zamienić oleju lnianego na formę aktywną omega 3, czyli kwas EPA. Występuje glonach morskich (stamtąd czerpią go ryby, które same nie potrafią go syntetyzować) i – oczywiście – w suplementach.

DHA. Jakkolwiek suplementacja olejem lnianym podnosi poziom EPA (2 krotnie wolniej niż suplementacja rybim, ale jednak podnosi), to jednak poziom DHA się nie zwiększa. W zbadanych grupach wegan poziom EPA i DHA był nawet kilkukrotnie niższy niż wśród średniej społeczeństwa – a średnia społeczeństwa i tak ma ten poziom o wiele za niski, często też nawet kilkukrotnie. Sumarycznie daje to naprawdę tragiczny obraz. Sugerowałbym dziennie 500 do 1000 mg DHA, w miarę możliwości łącznie z EPA. W ciąży suplementacja DHA jest bezwzględną koniecznością.

O czym winni pamiętać weganie – wszystko to, co wyżej, oraz:

Nukleozydy. Są to warunkowo egzogenne (niekiedy nie jesteśmy w stanie się bez nich obyć) substancje, będące – najogólniej rzecz biorąc – częścią komórki. Pokarmy które nie składają się z komórek, nie zawierają nukleozydów. W dużym uproszczeniu, ich zawartość w pokarmach pokrywa się z zawartością puryn, łatwo można odszukać tabele, np taką: http://www.acumedico.com/purine.htm

Jak widać, pokarmy wegetariańskie są na samym dole tabeli. Jajko to jedna wielka komórka, więc ma tyle nukleozydów co każda inna JEDNA komórka. Sery w ogóle nie składają się z komórek. Zboża czy ziemniaki mają potężne komórki skrobiowe, więc zagęszczenie nukleozydów jest tam bardzo niskie. Soki owocowe czy nawet owoce również prawie ich nie zawierają. Idealnym źródłem tych substancji są drożdże – warto co jakiś czas zrobić pastę drożdżową, na przykład taką: http://puszka.pl/przepis/…ajerankiem.html

Niektóre drożdże dostępne w sprzedaży są pozbawiane nukleozydów w procesie produkcyjnym, warto zapytać na forum zanim się kupi tabletki czy np drożdże piwne. Bardzo dobrym źródłem jest spirulina, której jednak trzeba jeść przynajmniej 5 gramów dziennie, aby miało to znaczenie dla organizmu.

Siarka. Nie chodzi o aminokwasy zawierające siarkę, ale o pierwiastek – wbrew pozorom jeden z najważniejszych, ciało ludzkie zawiera około 700 gramów siarki (wg innych źródeł 200), dla porównania tylko 3-4 gramy żelaza. Na zdrowej diecie, w której jest mnóstwo surowych warzyw, z siarką raczej nie ma problemu. Co prawda jej główne źródła w diecie przeciętnego człowieka to jajka, mięso czy nabiał, ale w warzywach jest jej sporo. Gorzej, gdy te warzywa są gotowane, czyli pozbawione znakomitej większości siarki, albo co gorsza dieta jest „śmieciowa”. Najprościej siarkę uzupełniać preparatem o nazwie MSM, można kupić np w sklepach z asortymentem dla koni. Każdemu na diecie wege (nie tylko wegan) radziłbym spróbować suplementacji tego pierwiastka, efekty są czasem „porażające” – cera młodnieje o kilka lat, włosy stają się o wiele piękniejsze, znika wrażenie zmęczenia czy słabości, znikają alergie, rośnie odporność…

Cholina – na diecie wegańskiej nie zdobędzie się „rekomendowanej” ilości, chyba że będzie to naprawdę naturalna dieta, z bardzo dużą ilością warzyw. Pozostałe osoby powinny zdecydować się na łyżeczkę albo dwie lecytyny sojowej dziennie. Dużo tańszym rozwiązaniem jest czysta cholina.

Białko, a konkretnie metionina (a czasem też lizyna omówiona wyżej) – przy słabo ułożonej diecie może się zdarzyć, że w żywności jest tylko ułamek zapotrzebowania. Co prawda szczury na diecie z niską zawartością metioniny żyły dłużej, ale dostawały 70-80% zapotrzebowania, a nie tak jak niektórzy weganie 20-30%. Mniej fastfoodów i frytek, więcej warzyw i roślin strączkowych.

Karnityna i tauryna – w przypadku osób z niską podażą białka, mogą wystąpić niższe stężenia tych substancji. Zwłaszcza sportowcy powinni rozważyć suplementację. Szczególnie tauryna jest tu istotna, gdyż jej niedobory mogą mieć fatalny wpływ na zdrowie (i bardzo często mają, o czym się nie mówi w środowisku wegan)

Wapń – co prawda osteoporoza wiąże się przede wszystkim z zaburzeniami hormonalnymi i siedzącym trybem życia, ale wyższa podaż wapnia w diecie może przynajmniej lekko spowolnić jej postępy. Bardzo dobre źródło to np brokuły. Niektórzy weganie zapominają kompletnie o wapniu i żyją na diecie złożonej z czipsów i frytek – tak też można, ale wtedy trzeba pamiętać o tabletce.

Cholesterol – niektórzy weganie, zwłaszcza na dietach nisko-tłuszczowych wpadają w hypocholesterolemię. Nie jest jasne, czy to zjawisko jest pozytywne, negatywne czy neutralne, wg niektórych badaczy zbyt niski cholesterol jest zupełnie prawidłowy, wg innych – powinno się go podnosić. W przypadku takich objawów jak wrażenie „zasuszenia” skóry i zwłaszcza stawów, niskiego nastroju, braku energii i niskich wynków cholesterolu można go łatwo podnieść olejem kokosowym.

Jak widać, praktycznie wszystkie zalecenia dotyczące wegan dotyczą osób mających ogólnie słabo ułożoną dietę.”

Dieta dr Dąbrowskiej

Zamierzam na nią przejść. Mam powody. Nasza kochana medycyna i farmacja, tudzież znajome znachorstwo zwiesiło bezradnie ręce. Ale jeszcze nie teraz. Właśnie wykańczam zapasy w szafce, a potem sruuu. Nastąpi to niezadługo, bo zapasów tak wiele nie mam. Zacznę jeść warzywa i owoce, na dodatek nie wszystkie. Zrobię to zamiast głodówki, której nie lubię. Wszystko sobie dokładnie rozpiszę i zastosuję. Nie jestem obłożnie chora, leków nie spożywam, więc krzywda mi się nie stanie. 6 tygodni na przykład to pociągnę i zobaczę efekty. Amen.

Na stronie jest informacja, żeby nie kopiować nawet części teksu, więc nie zacytuję. Po prostu podam w skrócie  za autorem tekstu, że dieta lecznicza polega na spożywaniu warzyw nisko skrobiowych np marchew, buraki, seler, pietruszka, rzodkiew, kapusta, kalafior, brokuł, cebula, por, czosnek, dynia, kabaczek, ogórki, pomidor, papryka, sałata, natka pietruszki, zioła oraz niskocukrowych owoców, np jabłka, grejpfruty, cytryny i nieduże ilości jagód
Polecane są soki z zielonych pędów roślin takich jak natka pietruszki, seler naciowy, botwina, mniszek, pokrzywa, szczaw, szpinak, brokuł, kapusta, sałata, kiełki lucerny, trawa z pszenicy.
Warzywa i owoce je się na surowo, gotowane lub pieczone.
Pić należy wodę, soki warzywne i owocowe (prawdziwe, przez siebie robione). Ziemniaków ani strączkowych nie wymieniono. Nie wymieniono też kasz, olejów ani żadnych pestek czy orzechów. Kompletnie żadnych używek i produktów przetworzonych z taśmy produkcyjnej czy jakiegoś obcego niż własny kuchenny wyrobu, nawet mocnej herbaty.

Jestem ciekawa, jak to zaskutkuje, na pewno zrzucę parę kilogramów, czym się nie martwię, Pasek do spodni i nie spadną. Zobaczymy co z moimi dolegliwościami. Odbieram cały ten pomysł jak rodzaj prawie głodówki.

O mechanizmie działania diety, możliwych reakcjach i innych ciekawych informacjach jest na stronie źródłowej i tam zapraszam: Informacje o diecie dr Dąbrowskiej

Ortoreksja czyli nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu – jak mawiają mądrzy ludzie

Noooo… fajny temat. Teraz tak: jesteśmy na diecie i co? Zdrowi? Humory dopisują? Wszystko gra? Czy aby na pewno?

Bo to już zostało sklasyfikowane! Jest coś takiego, jak ORTOREKSJA, czyli obsesja na punkcie zdrowego odżywiania.

Dr Rafał W. Wójciak pisze w tekście pt „Zaburzenia odżywiania”: „Ortoreksja lub ortorexia nervosa, jest terminem sformułowanym przez Stevena Bratmana (2000), opisującym rodzaj zaburzenia związanego z żywieniem, objawiającego się wzrastającym, obsesyjnym zainteresowaniem spożywaniem „zdrowej żywności”. W wielu przypadkach takie nadmierne zainteresowanie tym zagadnieniem może prowadzić do ekstremalnych fiksacji, których efektem jest głębokie niedożywienie, a nawet śmierć.
     Bratman termin ortoreksja sformułował w 1997 roku z greckich słów: „orthos”, znaczącego tyle co „właściwy”, „prawidłowy” oraz orexis – oznaczającego „apetyt”, „odżywianie”. Autor ortoreksję definiuje jako niezdrową obsesję (zaliczaną do zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych) zdrowego żywienia. Cierpiący może odczuwać lęk przed  żywnością przetworzoną, zawierającą tłuszcz, konserwanty i inne chemiczne dodatki, produktami pochodzenia zwierzęcego, lub innymi, które sam uważa za niezdrowe, przy czym definicja „zdrowej” i „niezdrowej” żywności nie pokrywa się ze współczesną wiedzą żywieniową, a wynika z subiektywnego przekonania ortorektyka. Brak „zdrowej” żywności uniemożliwia podmiotowi spożywanie żywności w ogóle. „

Pozatym: „Ortorexia nervosa charakteryzuje niepohamowana obsesję dotyczącą zdrowego odżywiania się, prowadzi do niskiej masy ciała, wychudzenia, znacznych niedoborów pokarmowych jakościowych i ilościowych oraz może być przyczyną śmierci głodowej. Ortorektycy wykazują specyficzne uczucia związane z żywnością. Są zdania, że żywność  konserwowana jest niebezpieczna i trująca, przetwarzana – nienaturalna, a żywność ekologiczna – zdrowa i naturalna. Pacjenci czują niepohamowane i niekontrolowane pożądanie jedzenia, gdy czują się zdenerwowani, podekscytowani, szczęśliwi lub winni. Analiza fizjologicznych, psychologicznych i socjokulturowych czynników inicjujących ortoreksje wskazuje na wpływ płci i wykształcenia w tym aspekcie. Częściej ortorektykami są mężczyźni oraz osoby o niskim poziomie wykształcenia (Bratman, 2000).”

Sama się nie wypowiadam, bo nie wiem o tym za wiele, więc dzisiaj tylko cytaty. W zasadzie ucieszyłam się po przeczytaniu, bo kocham jeść smaczne rzeczy, uwielbiam i kiedy coś za mną chodzi, a chodzi od czasu do czasu, kupuję sobie bardzo niezdrową smaczną rzecz i nie wykonuję żadnych egzorcyzmów przy jedzeniu, no może małe „apage satanas” i trzy splunięcia przez lewe ramię 😉 Ale niestety dzieje się to bardzo rzadko, głownie w zimie, kiedy brak słońca źle wpływa mi na psyche.

Jeszcze jeden cytat: „Ortorektyk może być wegetarianinem, weganinem, fanem diety doktora Dukana czy testerem wielu diet. Ortoreksja zaczyna się niewinnie: na początku chcemy po prostu zmienić swoje nawyki żywieniowe. Motywacją może być chęć zgubienia kilku kilogramów, oczyszczenie organizmu czy pozbycie się alergii pokarmowej. Z czasem jednak może się zdarzyć, że myślenie o tym, co i jak jemy, zaczyna dominować w naszym życiu.
(…)
– Doszedłem do stanu, w którym odżywiałem się tylko organicznymi, lokalnymi produktami. Byłem restrykcyjnym wegetarianinem. Każdy kęs żułem 50 razy. Jadłem zawsze w ciszy i starałem się wstawać od stołu z poczuciem niepełnego żołądka. Czułem wyższość nad ludźmi objadającymi się pizzą i czipsami. Miałem poczucie, że choć jedna dziedzina mojego życia znajduje się pod moją całkowitą kontrolą – mówi dr Bratman. – Zacząłem unikać kontaktów towarzyskich, restauracji, wyjazdów, chyba że mogłem zabrać ze sobą własne pożywienie. Tknęło mnie, że chyba coś jest ze mną nie tak, gdy opuściłem znajomych, bo awokado, które miałem w kuchni, właśnie osiągnęło odpowiedni stan dojrzałości.” (źródełko)

Hej, to zupełnie tak jak ja, muszę ze sobą wozić swoje jedzenie na wyjazdy, bo nie wszędzie można je kupić a to co dają dla człowieka na diecie jest niejadalne. Ciężkie jest życie weganina który chce unikać produktów wysoko-przetworzonych i glutenu. Dlatego nie jestem ortodoksem.  Ale jest nas coraz więcej i wymuszamy na handlowcach pewne ruchy, już nawet w małych miasteczkach w marketach pojawiają się działy z żywnością nieco inną niż tradycyjna.Małe sklepiki raczej obsługują typowego odbiorcę, więc nie ma tam po co wchodzić, chyba że do jarzynowego 🙂

Odwiedzanie mięsożerów jest ok, pod warunkiem że nie strzelają foszka, kiedy odmawiamy spożywania ichnich potraw, no i jeśli coś tam jest na ząb na stole  z opcji wegańskiej typu owoc czy sałatka bez wkładek (bo wszędzie  majonez, śmietana, ser albo mięso). Już niektórzy zaczynają robić zupy jarzynowe zamist jarzynowo mięsnych, bo załapali że to zdrowo i smacznie. Niektórzy zaczynają kojarzyć, że fajne jedzenie to nie tylko koniecznie mięso ale też pieczarki, placki, naleśniki, kopytka czy pierogi i że mogą się obyć bez jajek i śmietanki. Odrobina jajka mnie osobiście nie zabija, ostatnio łykałam w podróży placki ziemniaczane, dam sobie rękę uciąć, że wsadzili tam jajko, a drugą że było go bardzo niewiele, bo zawsze maksymalnie oszczędzają w tych ogólnych kuchniach ;))

Po większej ilości zwierzęcego białka choruję i to jest już poważna sprawa. Różnie ludzie reagują na niestrawne rzeczy. Moja znajoma miała zawsze dzień wyjęty z życiorysu, kiedy mamusia jej cichcem wrzuciła coś do jedzenia, a ona się nie zorientowała, przewód pokarmowy totalnie rozwalony przez 24 godziny. Biedna była, bo wegowała jako jedyna w rodzinie, a cała rodzina (małomiasteczkowe Kutno i Chicago) stosowała permanentną i uciążliwą presję. Ech, życie. Kiedy pierwszy raz wskoczyłam w wegetarianizm (wczesne lata osiemdziesiąte), tata mój zasugerował psychiatrę ;). Kiedy poszłam do cioci na imieniny na stole z wegetariańskich rzeczy były tylko ogóreczki, marynowane grzybki i chleb. Ciężko było. Nie wytrzymałam za długo, tylko 14 lat. Zresztą za dużo jadłam słodyczy i nabiału, bo moja wiedza nie była odpowiednia, stąd nie najlepiej to wszystko funkcjonowało. Ale teraz… sam raj. Świadomość społeczna bardzo się zmieniła  🙂