Nowalijki, czy zdrowe?

Zachęcam do wysłuchania rozmowy na TOKFM o żywności. Czy zdrowe, jak hodowane, gdzie, i o czym jeszcze warto wiedzieć – rozmawia Ewa Podolska w cyklu Weekend Radia TOK FM. Rozmówcą jest pani Dorota Metera.

Link do wywiadu: http://audycje.tokfm.pl/odcinek/Skad-biora-sie-warzywa-dostepne-wiosna-w-sklepach-Mowi-Dorota-Metera/36649

 

Reklamy

Hodowla słów

Link do pewnej wypowiedzi:
https://hodowlaslow.wordpress.com/

Mały cytat niech będzie drogowskazem:
„Blisko osiemdziesiąt procent pierza z Chin, Polski i Węgier pochodzi od gęsi skubanych żywcem. Fachowo nazywa się to harvesting – zbieranie plonów. Martwą gęś da się oskubać tylko raz. Na żywym ptaku pióra odrastają i można wyrywać je co osiem tygodni (….) Pracownik fermy „przytrzymuje gęś udami i wykręca jej skrzydła, aż chrzęści.[…] A potem wyrywa biednemu zwierzęciu pióra. Żywcem. Brutalnie, mechanicznie, bezdusznie. Ciągnie tak mocno, że rozdziera skórę. Przerywa pracę, ociera czoło, sięga do kieszeni. Wyciąga starą igłę i nitkę, zaszywa ranę. Bez znieczulenia. Żeby ją zdezynfekować, skrapia naprędce załatane miejsce przemysłowym płynem do czyszczenia. Na butelce jest napis środek toksyczny. Następnie ciska zwierzę w kąt. Gęś leży na podłodze, łapie powietrze, ciężko dysząc.”
Karen Duve -„Jeść przyzwoicie”

Babajoga i rebeli0 rozmawiają

babajoga

Wczoraj we Francji, na listę maladies professionnelles, czyli chorób na które jesteśmy narażeni wykonując dany zawód został wciągnięty rak, spowodowany ekspozycją rolników na pestycydy, którymi „chronią” oni zbiory.
Ale faktycznie, nie przesadzajmy z tą „chemią” w jedzeniu…

re6eli0

No faktycznie masakra. Chociaż w trakcie oprysku wchłania się tego dużo więcej niż przy jedzeniu, tak myślę, jest bezpośrednia ekspozycja ciała na preparaty, potem się do zmywa deszczem itp. Ewentualnie rozkłada, ale tego nie wiem na pewno, wiem że jest coś takiego jak karencja, po której środki chemiczne są mniej skuteczne albo wcale.

Ogólnie podejście mam w życiu takie – co się da zmienić i usprawnić poprawiam, czego nie mogę – nie zaprzątam sobie tym głowy, bo bym pogrążyła się w smutku i żałobie zaraz-teraz-już…. a mi wychodzi, że jeszcze trochę pożyję i się pomęczę 😀

Miałam znajomą, która kupiła dom na Mazurach i kiedyś, jakieś 20-kilka lat temu zostali poparzeni z dzieckiem, bo samolocik opryskujący pola przeleciał nad ich siedliskiem, nieszczęśliwie mieszkali w środku pegeerowskich pół. Wylądowali w szpitalu. Taka jest rzeczywistość.

babajoga

Jasne. Też nad tym myśleliśmy (o wyjeździe na wieś), kiedy zrezygnowaliśmy z zakupu domu na wsi. Na przykład : wychodzisz na podwórko a za płotem sąsiad rozpyla pestycydy po sałatach.
A później deszcz je zmywa i piękny staw w sadzie jest wypełniony rybami trwającymi brzuchem do góry. Albo, kiedy agenci handlowi mówili nam „tylko trzeba zainstalować filtry do wody, bo od czasu do czasu może się zdarzyć, że …” I tu następowały litanie czego to w wodzie można nie znaleźć po interwencjach rolników.

Ja oczywiście rozumiem Twoje podejście.
Miałam nieszczęście pojechać na hiszpańską rivierę i zahaczyć o te „morza folii”, widziałam je nie tylko na filmach dokumentalnych i przez szybkę samochodu.
Tam pracują nielegalni uchodźcy z Maroka oraz w ogóle szeroko pojętego Magrebu. Oczywiscie rak spowodowany (według oficjalnych francuskich list) ekspozycja na pestycydy, ktore walą w szklarniach z pryskawek na plecach, nie zostanie objęty państwowym leczeniem i odszkodowaniami, bo jak wspomniałam, pracują nielegalnie.

Tak jak Ty, droga Rebelio, nie jem mięsa z powodów również etycznych (nie tylko brzydzi mnie męczarnia tych zwierząt w ubojniach, ale również przeszkadza mi psychiczne skrzywienie osób, które tam pracują. Słyszałam dość dużo wywiadów z osobami pracującymi w ubojniach – o zgrozo również w ubojniach rytualnych – przecież rynek hallal jest we Francji kwitnący … Czy rodzimy sie katami zwierząt? Prawdopodobnie nie, zmusza nas do tego byt, w końcu niby praca jak praca, pecunia non olens, ażeby nie słyszeć ryku zabijanych zwierząt ustawicznie przychodzą do pracy juz naprani.
Wróćmy do hiszpańskich szklarni.
Właściwie nie widzę różnicy – i tu ludzie pracują, robiąc sobie krzywdę – fizycznie, nie jak w przypadki ubojni, psychicznie, żeby zarobić kilka dziengów, żeby ktoś na końcu Europy miał dostęp do „zdrowej” żywności przez cały rok.
I wydaje mi się, ze jako konsumentka mogę zmienić „coś”.
Na przykład kupując, kiedy się da, żywność produkowaną lokalnie.
Niestety, we Francji najdroższa jest nie ziemia czy inwestycja w sadzonki, tylko siła robocza. Dlatego żywność produkowana „lokalnie” jest dużo droższa niż sprowadzana z Hiszpanii.
I dlatego ja postanowiłam, kiedy tylko jest to możliwe, wspierać finansowo – kupując żywność produkowana lokalnie – lokalnych rolników, którzy często również okazują się zwolennikami „zdrowej” żywności, bo nie chcą stworzyć warunków do zachorowania na raka lub Parkinsona (choroba Parkinsona, wywołana ekspozycja na pestycydy została wciągnięta we Francji na listę chorób zawodowych w 2013).
I snobuję hiszpańskie/marokańskie warzywa i owoce, francuskie zresztą tez, jeśli są chorowanie w szklarniach .

Ze względów etycznych 🙂

Pozdrawiam.

re6eli0

Wiesz, nawet kiedy kupuję od tzw :”chłopa” to nie mam pewnością skąd one są, niby z targu… ale skąd na ten targ trafiły to nie wiem, kiedy kupuję w biedrze, przynajmniej jest napisane z jakiego kraju.. mam namiary na lokalną rolniczkę i umowę, czekam właśnie na plony 🙂

Można nie produkować śmieci

Można nie produkować śmieci, a nawet się nie powinno.

Sięgnęłam po tekst angielskojęzyczny i streściłam go po polsku:

Ma 23 lata, nazywa się Lauren Singer. Mieszka w Nowym Yorku. Zajmowała się środowiskiem naturalnym  – menadżer w Wydziale Ochrony Środowiska i absolwentka Ochrony Środowiska w NYC. Czuła się ogólnie bardzo bardzo proekologiczna, aż razu pewnego zauważyła kogoś, kto codziennie przynosił jedzenie w plastikowych opakowaniach i codziennie te opakowania lądowały w koszu. Zauważyła, że to ją ekstremalnie denerwuje. Ten tok myślenia bardzo ją zainspirował. Zauważyła też, że wszystko do jedzenia co leży w lodówce jest opakowane w plastik i ten plastik będzie wyrzucony. Poczuła się hipokrytką. Zaczęła poważnie zastanawiać się, jak żyć i nie produkować odpadów. Trafiła na blog prowadzony przez ludzi z Kalifornii – „Zero Waste Home” i stwierdziła, że skoro cztery osoby, Bea Johnson i jej rodzina, potrafią nie produkować śmieci, to ona też potrafi! Zrealizowała tą koncepcję.

Jak to zrobiła?

Przestała kupować rzeczy w opakowaniach.
Przestała kupować nowe ciuchy – używa te z drugiej ręki
Przedmioty i ubrania nieużywane rozdała chętnym, pozbywając się przy okazji nieużywanych od liceum ciuchów i masy bibelotów z domu. Nauczyła się żyć w bardziej prosty sposób. Śmieci produkuje bardzo niewiele.
Oczywiście to się nie stało z dnia na dzień, wszystkie zmiany w stylu życia pojawiały się na przestrzeni roku.

Jakie są skutki? Rzeczy bez opakowań są tańsze. Ciuchy z drugiej ręki również. Zdrowiej się odżywia. Żywność kupuje od lokalnych producentów na wagę i świeższą. Je więcej warzyw, ziaren, strączków i owoców. Oczywiście zawsze ma przy sobie opakowania wielokrotnego użytku. Jest szczęśliwsza – ma mniej problemów ze  sprzątaniem i nie kombinuje, co tym razem kupić w markecie czy w drogerii. Zakupy robi raz w tygodniu, również te higieniczne i środki czystości. Używa prostych i dostępnych, część przygotowuje sama. Są tańsze, zdrowsze i nietoksyczne. Jej życie jest prostsze.

Żyjąc w konwencji „zero odpadów” czuje, że jest to dla niej absolutnie najlepszy sposób na życie.  Założyła własną firmę pod hasłem „zero odpadów” – Simply Co, sama produkuje i sprzedaje produkty, których wytwarzania nauczyła się w ciągu ostatnich dwóch lat. Prowadzi blog, zajmuje się swoją firmą, gotuje, biega z przyjaciółmi, poznaje nowych ludzi i odkrywa nowe dzielnice Nowego Jorku.

Wszystko jest opisane po angielsku tu: http://www.mindbodygreen.com/