Post

Będąc świeżo po rozmowie z dietetyczką: doczytała w mądrych książkach, że ludzki organizm nie jest przystosowany do ciągłej podaży pełnowartościowego i wysokokalorycznego pożywienia. Wręcz przeciwnie – jest właśnie przystosowany do okresowego niedojadania i dlatego ona swoim pacjentom/klientom sugeruje raz w miesiącu okres niskokaloryczny (trzy dni? tydzień? do wyboru). Polega na jedzeniu warzyw (surowych i gotowanych) oraz owoców, oczywiście tych niskokalorycznych (dieta Dąbrowskiej się kłania). Organizm wtedy uruchamia swoje naturalne moce. Po prostu taka jest nasza natura, Stąd zapewne w wielu religiach (które, co by nie mówić, ongiś były jedyną wiedzą o świecie i naszym dobrostanie przekazywaną sobie ustnie przez pokolenia) zaleca się posty. Stąd z całą pewnością taka ilość chorób cywilizacyjnych w społeczeństwach dobrobytu, a taka mała w tych najbiedniejszych.

Teraz idealna pora. Bo w lecie łatwiej się znosi brak kalorii (ciepło i słońce). Do boju! 😀

Reklamy

Głodówka i inne ciekawe rzeczy

Mam za sobą wiele głodówek, kiedyś (30 lat temu) były to jednodniówki z celach higienicznych. Nie lubię głodówek więc zaprzestałam robienia ich. Prowadziłam przez pewien czas bardzo niehigieniczny tryb życia w którym istotne w mojej hierarchii było zarabianie pieniędzy, Taka wówczas była konieczność.  Potem (ostatnie dwa lata) robiłam je z powodów zdrowotnych, 6 dniowa, 12 dniowa, 5 dniowa, głodowałam ile mogłam, ile mi staczało mocy. teraz ich nie robię. Opisałam je tu.

Teraz cytuję gazetę i prof. Vetulaniego: „Z upływem lat nasz mózg starzeje się podobnie jak reszta ciała. Czy istnieją jakieś sposoby, aby ten proces spowolnić?

Oczywiście, że mamy takie sposoby, choć niestety te najskuteczniejsze jednocześnie nie są najmilsze. To przede wszystkim głodówka, która opóźnia starzenie i pozwala zachować bystry umysł do końca życia. Polscy naukowcy przed kilkunastu laty, w czasie wielkiego badania polskich stulatków, zaobserwowali, że zdecydowana ich większość ma za sobą epizod głodu. Dziś już wiemy, że nawet jedna głodówka w życiu jest w stanie je wydłużyć – brak pożywienia aktywuje bowiem tak zwany gen długowieczności SIR2 produkujący sirtuinę, białko niezwykle ważne dla podziałów komórek, a to właśnie nieprawidłowości w podziale komórkowym leżą u podstaw procesu starzenia. Głodówka pozwala na aktywację sirtuiny, a co za tym idzie – na przedłużenie aktywności i młodości mózgu.”

Reszta tu: Dlaczego głodówka przedłuża życie.html

Czytamy a potem głodujemy, chociaż jedna dobę od czasu do czasu. Dacie radę?

5. dzień

Ja tu wrzuciłam zgrabną foteczkę z przepisem i powrzucam co kilka dni następne, i przepisy też. To nie są aktualności. One leżakowały, albo w pamięci telefonu, albo na dysku kompowym, albo tu jako szkic i czekały na opublikowanie. Bo drodzy Czytacze – żeby była jasność – wszystkie te przepisy są z zaszłości, teraz znowu ubijam zwierza na moich podeszwach. Jestem 5. dzień na głodówce, zaczęłam 20-go lipca. Czuję się o niebo lepiej, niż poprzednio, więc jestem dobrej myśli i staram się dotrwać do planowanych 14 dni.

Czymcie ciuki 😀

Wpisy mam porobione prawie do końca sierpnia, więc maszynka będzie chodzić bez przerwy  😀  The show must go on.

Uprzejmie informuję, że tak nie wyglądam, jestem duuużo grubsza 🙂 To jest foto anorektyczki z netu.

A sikorki ćwierkają

Tak. Z mojego okna słychać sikorki. Słychać też synogarlice, gruchające gołębie, czasem okrzyk sroki i delikatne pogwizdywanie, którego jeszcze nie rozgryzłam. Bardzo się zmieniło przez ostatnie 20 lat. Kiedyś słychać było tylko śpiew ptaków, jak w lesie, wróble, poranne stukanie kopyt koni ciągnących wozy z pieczywem, rżenie, czasem ryczenie pasących się po drugiej stronie ulicy krów. Teraz słychać daleki pomruk miasta, pojedyncze samochody, niestety, jak w miejskim parku. A w tej chwili szaleje kosiarka.

Wczoraj raczyłam się soczkami, a potem szejkami. Wieczorem rzuciłam się na kapustę i ogórki kiszone. Trochę było ciężko, ale nie uwierało. Dzisiaj ugotuję sobie warzywko na obiad, ale jeszcze nie strączkowe. Wstawiłam sobie  kapustę i buraki na rejuvelac. Wstawiam codziennie słoik. Jutro będzie pierwszy do spożycia. Waga mi błyskawicznie wraca, pomimo, że podstawą moich posiłków są typowe smoothies (info dla zagorzałych zjadaczy bułek z masłem i serem oraz kawy z mlekiem na śniadanie).

Fajnie jest, bo znalazłam jakimś cudem spódnicę, która ze mnie nie spada i bluzkę, która na mnie nie powiewa jak żagiel, z 52 już wskoczyłam na prawie 54. To się nazywa efekt jojo. Organizm będzie teraz gwałtownie nadrabiał i robił zapasy. Dlatego po postach czy głodówkach nie wolno rzucać się na poprzednie jedzenie, trzeba jeść rzeczy niskokaloryczne i najlepiej na początek przejść na surowe. Jest lato! Idealna pora.

6. dzień

No i klapa. Żołądek mi się dzisiaj rozszalał, strasznie, i trzeba kończyć głodówkę. Powinien być wyciszony, dotąd zachowywał się przyzwoicie. Jeśli rwie koszmarny głód, jest to znak, że finiszujemy. Ale cieszę się, bo jakieś postępy zrobiłam, guzki się zmniejszyły i zwiotczały, cera mi się bardzo poprawiła, talia nabrała licealnej wiotkości, 52 kg. Jest dobrze. Pod wieczór sok z kiszonej kapusty mocno rozwodniony jako zaproszenie dla mile widzianych gości ubogacających moje życie wewnętrzne i z grapefruita dla przyjemności. 😀

Jak mi dobrze!

5. dzień

Dobrze jest. Dzisiaj nastała światłość, mroki poprzednich dwóch dni znikły.

Całe życie miałam pewien krążeniowy problem. Często, kiedy wstawałam rano, kręciło mi się w głowie i miałam mroczki przed oczami, w połowie drogi do łazienki musiałam na chwilkę zwijać się w żółwia na podłodze, żeby w ogóle dojść. Minęło mi to całkowicie, kiedy przeszłam na zdrową wegańską dietę. Nawet kompletnie zapomniałam o tej dolegliwości! W czasie głodówki wróciło. Miałam tak przez dwa dni prawie na okrągło. Rety, koszmar. Dzisiaj spokój.

Śmiesznie jest, bo kiedy ćwiczę (a staram się codziennie, chociaż już mocno lajtowo i nie zawsze pełen zestaw, plus duże przerwy), zamiast się ożywiać ćwiczeniami zasypiam prawie na macie. Za każdym razem.

Na dwór nie wychodzę, po ostatnich dwóch dniach jeszcze się boję.

Wszystkie moje guzki z bolesnych pod naciśnięciem kamyczków zamieniły się w bezbolesne gumkowate kulki połowę mniejsze. Wyraźnie cofają się zmiany w tkance. Alleluja. Zawsze to coś, daje nadzieję.

4. dzień

Nie będę pisać codziennie, bo mi się nie chce. Ciągle tylko do znudzenia – czuję się tak albo siak. Więc dzisiaj powiem – jest constans. Wpadły dzieci, ich zdaniem znikły mi zmarszczki (czym byli bardzo mile zaskoczeni) i poprawiła mi się cera, wyglądam dobrze, tylko się bardziej garbię podobno i jestem bardzo szczupła. No garbię się, bo jakoś czuję brak sił i się mam ochotę zwinąć w kłębek i przeczekać. Szczupła jestem, 53,5 to nie kij dmuchał. Dobrze mi robią ich wizyty. Źle mi robią złe wiadomości. Toleruję tylko dobre. I żadnych sporów, szkoda mi na nie energii. To tyle. 😀

3. dzień

Był marny, co prawda spałam dobrze, ale długo i nie mogłam się zwlec z łóżka, ciężko się było rozkręcić, sił nie miałam. Potem się rozruszałam, ale ćwiczenia też mi marnie szły i nic nie posprzątałam ani nie porządkowałam nic, a jest co robić, bo po tym wszystkim chcę zrobić malowanie pokoju. Trzeba przejrzeć masę rzeczy i wywalić część. Takie generalne porządki i rewitalizacja szafowych przestrzeni.

Burza, ulewa, kilka godzin gadania przez telefon. W sumie lajtowo było, idę zaraz spać.

Dręczy mnie dzisiaj wizja ryżu z marchewką i curry ;), ale za to wątroba przestała kopać. Gardło się odezwało, czyli jest książkowo, wszystkie moje choroby po kolei się odzywają. Ważę tyle, ile wtedy kiedy miałam 20 kilka lat, czyli 54. Miły stan. Podobam się sobie.

2. dzień

Zasiedziałam się wczoraj wieczorem i dzisiaj spałam do 9 rano, niebywałe. Noc była paskudna, nad ranem zwłaszcza. Spoiłam się wodą i poleżałam w relaksie wizualizując sobie różne pozytywne rzeczy. Zasnęłam. Szczerze mówiąc – miłe zaskoczenie – nie wywracam się zaraz po wstaniu chociaż szumi mi w uszach nieźle, ale to mija po jakimś czasie i jest gites. W ciągu dnia mega porządki, jedna wizyta (ciągle ktoś mnie odwiedza na chwilkę), ćwiczenia (50 minut codziennie, z Mel B z jutubka). Fajnie jest. Jutro wybiorę sie na spacer po południu, albo może jeszcze dzisiaj. Skręcona noga już nie wyje.

1. dzień

Dzisiaj pierwszy dzień mojej głodówki leczniczej – oczyszczającej. Czuje się świetnie, od rana krzątam się po domu, pranie, sprzątanie, porządkowanie (przeniosłam się do innego kąta w moim mieszkaniu, bo chce sobie odnowić kawałek, więc mam co robić). Pachnie gotująca się kawa, każdy rasowy głodówkoman wie co to znaczy. W każdym razie po raz pierwszy nie cierpię od pierwszego dnia, głowa nie pęka, gnaty nie bolą, jeszcze to wszystko przede mną. Pewnie dlatego czuję się nieźle, bo mam za sobą – dwa z przerwami – miesiące diety dr Dabrowskiej. To swoje robi. Zasadniczo nie mam już zbyt wiele w sobie do zeżarcia.Parę kilo zapasów raptem.

Link do ciekawej opowieści dla głodówkomanów – http://www.taraka.pl/glodowka_malachowa